Prawie tydzień zwlekałem z opisaniem
wrażeń z "Atlasu chmur" jako filmu (bo o książce już było). Przede
wszystkim - idźcie i oglądajcie! Na pewno warto. Dwie i pół godziny filmu, a
druga co do ważności przy odbiorze kultury i sztuki część ciała nie ucierpiała.
Nawiasem mówiąc, to dla mnie ważne kryterium oceny filmów: po seansie dupa boli
- znaczy się, film był nie bardzo (bo fotele w nowoczesnych kinach są w miarę
przyzwoite).
Po tych kilku dniach dochodzę do wniosku,
że, być może, film zrobiłby na mnie nawet większe wrażenie, gdybym nie czytał
książki. Może, ale nie jestem pewien. Filmowi trudno jest cokolwiek zarzucić,
ale kto wie, może wyszedłbym z kina nie tylko zadowolony, ale i lekko
oszołomiony.
Wielu miłośników kina wypowiada się o
"Atlasie chmur" w samych superlatywach, używając takich słów, jak
"magiczny, ponadczasowy", a nawet "arcydzieło"... Chyba
trochę nadmiar entuzjazmu. Ale na pewno bardzo dobrze się ogląda. Technicznie -
świetny pod każdym względem. Bardzo dobry montaż, doskonałe zdjęcia, piękna
muzyka. No i charakteryzacja... Charakteryzacja zrobiła na mnie ogromne
wrażenie. Warto posiedzieć kilka minut dłużej i pooglądać napisy. Właśnie
pooglądać, bo na ekranie pojawiają nazwiska aktorów i ich ucharakteryzowane
twarze. I dopiero wtedy się rozumie, że wcale nie wszędzie ich rozpoznaliśmy.


