Six Hats Pinotage Rosé 2011

5 sie 2013



     Dopiero się uczę różowych win. Potrafią być bardzo subtelne, wymagają chwili skupienia, za którą odwdzięczają się bogactwem aromatów i smaków. Tak właśnie wyszło z Six Hats Pinotage Rosé 2011, którego próbowaliśmy z Magdą ostatniej soboty. Otworzyliśmy butelkę do obiadu, w środku - na szczęście - niezbyt upalnego dnia (było gdzieś tak 25 stopni), pod ulubioną lipą.
     Początek był nieco deprymujący: wino bez wyrazu, nijakie. Postało chwilę i się zmieniło. A potem jeszcze raz się zmieniło. Po prostu wystarczyło poczekać. Najpierw nabrało smaku, a potem aromatu.
     Smak delikatny, czerwona porzeczka (ale nie kwaśna), trochę jabłka, trochę śliwki. I podobny zestaw owoców ujawnił się w zapachu - tyle że odniosłem wrażenie, że porzeczkę zastąpiła truskawka. Zapach sugerował wręcz słodycz. Z przyjemnością opróżniliśmy butelkę.

Rozważania o śmierci w upalną niedzielę

     Niby to zupełnie niewłaściwy czas (letnie upalne popołudnie) i niewłaściwe miejsce (na wsi, pod lipą, z zimnym piwem), ale co tam. W końcu nie zawsze i nie wszystko trzeba traktować śmiertelnie serio. O właśnie, śmiertelnie - i to jest słowo-klucz do Pizzerii "Kamikaze" Etgara Kereta. Autor wcale nie traktuje spraw ostatecznych z, jak to się mówi, należną powagą. Prowadzi nas do świata zaludnionego (?) przez duchy samobójców, w którym wszystko jest właściwie prawie tak samo, jak w normalnym świecie. Tyle że czytanie Kereta każe się zastanowić nad sensem określenia "normalny".

Relaks w świecie duchów samobójców?

2 sie 2013

     "Izrael to świetny kraj dla pisarza, bo wiele się dzieje. Osią każdej dobrej opowieści jest konflikt. No a tego ci u nas pod dostatkiem." To cytat z wywiadu (bodajże dla Playboya) Etgara Kereta. Postanowiłem coś Kereta przeczytać. Trafiła mi się Pizzeria "Kamikaze" - i wciągnęła od pierwszych stron. Wszystko wskazuje na to, że Keret jest specjalistą od krótkich, nieco szorstko-ironicznych fraz. Ale zobaczymy dalej. Na razie zapowiada się ciekawie.
     A poza tym potrzebuję chwili odpoczynku po książkach i filmach, które nazwałem "lekturami patriotycznymi". "Egzekutor", o którym wspominałem, mnie wykończył. Makabra. Ale czy odpocznę przy Kerecie, który akcję Pizzerii umieścił w świecie duchów samobójców? No, zobaczymy. Ciekawi mnie to o tyle, że nie należę do ludzi, którzy kategorycznie odmawiają innym prawa do dysponowania swoim życiem, z jego przerwaniem włącznie. Wszelkie rozważania na ten temat - właśnie rozważania, nie opisy - mnie zawsze interesowały. Przecież w tym, że żyjemy, musi być coś więcej, niż tylko instynkt. Albo wola Boga. Albo czysty przypadek. Trzeba jeszcze chcieć żyć. No to jak to jest, że niektórzy nie chcą?
     A tymczasem jutro piątek, ma być letni weekend pełną gębą, więc z zapasem różowego wina - na wieś!

1 sierpnia

31 lip 2013




Jak co roku, zatrzymajmy się na minutę i pomyślmy o tych, którzy walczyli, i o tych, którzy zginęli.

"Ślepowidzenie" Petera Wattsa

16 lip 2013

     Intelektualna akrobatyka, napisana nieco ciężkostrawnym - dla mnie - językiem. Nie mam dostępu do oryginału, a i moja znajomość angielskiego nie pozwala na ocenę jakości języka dzieła, więc nigdy się nie dowiem, czy tak napisał autor, czy też wynika to z tłumaczenia. Momentami język wydawał mi się niespójny, jak gdyby pisały to dwie różne osoby.

     ""Ślepowidzenie" to efektowna mozaika różnych koncepcji naukowych: psychologicznych, biologicznych, astronomicznych, wbudowanych w dynamiczną akcję. Watts niezwykle sprawnie żongluje tymi koncepcjami, które tworzą u niego świat jutra.
     Choć fabuła kręci się wokół pierwszego kontaktu z obcymi, niewiadomą pod każdym względem - to prawdziwym tematem powieści jest na pewno ludzkość, jej sens istnienia, sposób ewolucji. To wszystko opowiedziane jest w sposób interesujący, wplecione umiejętnie w fabułę. Choć momentami miałem wrażenie, że pseudonaukowe ozdobniki psują opowieść, bo czasem ciężko nadążyć za kolejnymi koncepcjami i biegiem akcji, to "Ślepowidzenie" ma wszystko to, co powinna mieć porządnej jakości książka science-fiction."

Casa de las Especias 2006 Jumilla

24 cze 2013

     Zdecydowanie w moim guście (Mikołaj, od którego tę butelkę dostałem w ramach wymiany, za butelkę legendarnego "Mamrota", musiał z naszych spotkań zapamiętać, jaki typ wina lubię). Nie wybitne, na kolana nie rzuciło, ale skoncentrowane, garbnikowe - bez żadnej przesady, doskonale pasujące do solidnego kawałka mięsa, przede wszystkim wołowiny. Dymny smak, kojarzący się ze śliwką kalifornijską, słodycz o czekoladowym posmaku. Niektórzy piszą o tytoniowym smaku - ja go nie poczułem.

Podróż w nieznane

Widoczność zero, lot na przyrządach... (znalezione w sieci)

Casa Safra Reserva 2007

21 cze 2013

     Trochę dziwne wino. Gdy otworzyliśmy i od razu spróbowaliśmy, to wydało się jakieś takie trochę puste, bez zdecydowanego wyrazu, ale też nie było odpychające. Otwarta butelka stała gdzieś tak półtorej godziny. Spróbowaliśmy znów - nadmiernie wyraziste nadal nie było, ale pojawiło się w nim parę całkiem przyjemnych rzeczy: wyraźna owocowość, jakaś wiśnia, czekoladowo-waniliowa (a może cynamonowa) słodycz na koniec. Takie wino dla wszystkich, niezbyt cierpkie, jak dla mnie trochę za dużo słodyczy. Tempranillo i Garnacha, a do tego Cabernet Sauvignon. (Tak jest napisane na kontretykiecie, ale gdzieś znalazłem informację, że jest w nim Merlot - nie wiem, autor opisu na butelce do Merlota się nie przyznał.) Ale z każdym łykiem stawało się przyjemniejsze. Dopiero pod koniec butelki dowiedziałem się, ile kosztuje: niecałe 13 złotych. No to za takie pieniądze to ono jest nawet bardzo dobre! Tylko do napisu "Reserva" odniósłbym się z rezerwą.
     No, może bez przesady z tym entuzjazmem, rewelacja to nie jest, ale tego, o czym piszą niektórzy blogerzy winni, czyli obornika czy tam ziemniaczanych obierków, nie wyczułem. Może mam zbyt plebejskie podniebienie. Ogólnie - podobało mi się, jak znajdę, to kupię parę butelek.

"Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu" - Karolina Korwin-Piotrowska

19 cze 2013

     Zastanawiam się, co można powiedzieć o tej książce - bo przecież beletrystyka to nie jest. Publicystyka? Może, w jakimś stopniu. Pewnie należałoby ją włożyć na półkę z napisem "Krytyka kulturalna" albo coś w tym rodzaju.
     Pani Karolina Korwin-Piotrowska pisze przyzwoitym językiem, mimo że od czasu do czasu używa określeń żargonowych i wulgaryzmów. Jednak wcale nie powoduje to, że język jest przesadnie barwny. Przeciwnie, odniosłem wrażenie, że pisze prawie tak, jak mówi. No, może mniej nerwowo, bo gada szybko i z zaangażowaniem, a przy czytaniu tego się nie czuje.

Shit goes around me

13 cze 2013

     Czytam książkę, o której teraz nie chcę pisać, mimo że mnie zaciekawiła. Wrócę do niej później. Napisała ją pani K. K.-P. Czytałem ją ostatnio w czasie weekendu i przeczytałem dwie trzecie, i to tylko dlatego nie całą, bo trzeba było kosić, wycinać suche badyle, cieszyć się latem na wsi, piec żeberka na grillu i pić piwo, dużo piwa!

Może wreszcie nadejdzie lato?

6 cze 2013

     Dla mnie lato - to czerwiec, lipiec i sierpień. Tak mi zostało z dzieciństwa. W związku z tym oczekuję letniej pogody od pierwszego dnia czerwca aż do ostatniego dnia sierpnia. Nie mam nic przeciwko letniej pogodzie nawet od kwietnia do października, ale to tylko pogoda, a lato - to jak wyżej.
     A tu co? Ano właściwie nie wiadomo co. Zima była długa, z okropnie przeciągniętą końcówką - no nijak nie mogła się skończyć. Łagodnego przejścia do wiosny, jak i samej wiosny prawie nie było. To było kilka dni, a potem przyszła zapowiedź lata. Ale na zapowiedzi na razie się skończyło. Już czerwiec, a temperatury są takie nie przesadne, no i ta ilość wody, która z góry się leje... No ile można?! Co prawda, na długi weekend (ten na Boże Ciało) ja osobiście narzekać nie mogę. Może bez upałów, ale było przez trzy dni ładnie (prawie), a padać tak naprawdę zaczęło w niedzielę po obiedzie. No, jeszcze którejś nocy lało, ale to się nie liczy.